| Trzecią dekadę mojego życia spędziłam w Danii, kraju baśni Andersena. Ten kraj zawsze pozostanie w mej pamięci jako miejsce, gdzie fantastycznie dzisiejsza rzeczywistość splata się z atmosferą krainy baśni z opowieści słynnego bajkopisarza.
Początki nie były takie bajeczne, ale nie o to przecież chodzi. Pojechałam do pracy na dwa miesiące pilnować dzieci. Była połowa 1981 roku. Za zarobione pieniądze miałam kupić nieosiągalny wówczas w Polsce bilet kolejowy Interrail. Przez miesiąc można było jeździć po całej Europie. Tak się złożyło, że małżeństwo, które zaoferowało mi tę pracę zupełnie o mnie „zapomniało” i wyjechało na dwa miesiące do Francji. Znajomi pomagali mi znaleźć prace dorywcze. Oczywiście mogłam zapomnieć o podróży po Europie, bo na razie martwiłam się, żeby odpracować 100 dolarów, które Mama pożyczyła od znajomych, żebym mogła wyjechać z kraju. Skończyło się tym, że zastał mnie w Danii stan wojenny. Pamiętam ten moment, gdy dowiedziałam się o stanie wojennym. Mieliśmy relacje z całej Polski przekazywane z ukrytych kamer. Nie wyglądało to wesoło. Wróciłabym natychmiast gdyby nie fakt, że moja Mama jakby przeczuwała co się ma wydarzyć. Na dowidzenia powiedziała mi, że jeśli by w Polsce coś się wydarzyło złego, żebym przypadkiem nie wpadła na pomysł tutaj wracać. Pomyślałam sobie, że to takie gadanie Matki, nie zastanawiając się nawet nad znaczeniem tych słów. Momentalnie przyszły mi na myśl w tym okropnym momencie. Człowiek chciał koniecznie wracać do kraju, do Swoich, ale rozsądek dyktował to co mówiła Mama. I tak zostało. Większość Polaków, która wówczas była w Danii poprosiła o azyl. Pozostali dostali prawo pobytu do momentu zniesienia stanu wojennego w kraju. Uczyliśmy się wówczas Angielskiego. Duński był zbyt trudny i nie podobny do żadnego innego języka. Skoro i tak mieli nas wywalić po zniesieniu stanu wojennego, to po co nam Duński. Po dwóch latach rząd duński zlitował się nad nami wszystkimi siedzącymi „na walizkach” i dał nam prawo stałego pobytu. Doszedł do wniosku, że nie można ludzi trzymać tak długo w niepewności. Mieliśmy dużo szczęścia, bo krótko potem Jaruzelski zniósł stan wojenny, a my mieliśmy już stałe prawo do mieszkania w Danii. Dopiero w tym momencie mogliśmy zacząć uczyć się Duńskiego. Osłuchawszy się z tym językiem przez dwa lata znacznie łatwiej było się go uczyć. Okazało się, że po intensywnych kursach poznałam ten język na tyle, że mogłam dyskutować z samymi Duńczykami na temat poprawności ich języka. W dodatku często to ja miałam rację w tych dysputach. Ciekawe, że nigdy nie udało mi się opanować Polskiego na tyle, żeby być pewnym poprawności. O ortografii nawet nie chcę wspominać, bo zapewne nie jeden błąd tutaj znajdziecie. Zakładając, jednak, że nikt nie jest doskonały, mam nadzieję, że mi to wybaczycie. W Danii planowałam zostać „na zawsze” i „nigdy” nie wracać na stałe do Polski. W międzyczasie nauczyłam się nie wymawiać słów „nigdy” i „na zawsze”. Nie ma gwarancji na dotrzymanie tych słów. Życie gotuje nam tyle niespodzianek, że trudno jest przewidzieć co się stanie później. Ciągle powtarzam mojej Córce Kasi, żeby nigdy nie mówiła „nigdy”. No więc miałam nigdy nie wracać na stałe do Polski. Nauczyłam się języka urodziłam śliczną córeczkę (która jest najpiękniejszą rzeczą jaka mi się w życiu zdarzyła). Około dwóch lat spędziłam w wózku inwalidzkim w związku z komplikacjami związanymi z ciążą. Gdy medycyna konwencjonalna stała się bezradna na moje problemy przeprosili mnie po dwuletniej terapii i powiedzieli, że niestety nie są w stanie mi pomóc, że resztę życia będę musiała spędzić w wózku inwalidzkim. Całe szczęście, nie poddałam się, a z moich dolegliwości uzdrowił mnie „człowiek z piramidą”, o którym bardziej szczegółowo piszę w dziele „medycyny niekonwencjonalnej i parapsychologii. |
|
| Zmieniony ( 24.06.2010. ) |
maj
05
